Najlepsze nurkowania



Z rekinami na Filipinach - Big Fish


Wyprawa Big Fish

 

Od wielu lat moim marzeniem było zanurkować z rekinem wielorybim, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie. Obiecywane rekiny wielorybie nie przypłynęły kiedy byłem w Kenii. Będąc na safari nurkowym na Malediwach specjalnie zmieniliśmy trasę, bo nasz kapitan odebrał wiadomość, że niedaleko jakaś łódź zlokalizowała rekina wielorybiego, jednak kiedy późnym popołudniem zjawiliśmy się na miejscu o rekinie wielorybim można już było tylko pomarzyć.

 

Całkiem poważnie zacząłem myśleć o wyprawie do Meksyku, kiedy zupełnie przypadkowo w ręce wpadło mi ogłoszenie o wyprawie Big Fish na Filipinach. Byłem już na Filipinach dwukrotnie i wydawało mi się, że duża ryba i Filipiny to jak dwa przeciwieństwa ale zaintrygowała mnie ta wyprawa. Przeszukałem starannie Internet i okazało się, że rzeczywiście w okolicach Leyte w miesiącach grudzień– maj można nurkować z rekinami wielorybimi. Wycieczka wydawała się atrakcyjna cenowo, więc niewiele myśląc zdecydowałem się na nią.
Wyprawa Big Fish składa się z dwóch etapów: pobytu na Malapasqua oraz z 7 dniowej wyprawy na przepięknej łodzi Philippine Siren właśnie na Leyte.
 

Lądowanie w Cebu

Obudziło mnie lądowanie samolotu w Cebu. Światełko zgasło, ledwo zapiąłem pasy na lądowanie kiedy wszyscy pasażerowie samolotu zaczęli pośpiesznie łapać swoje bagaże podręczne, by jak najszybciej opuścić maszynę . Tłocząc się z pasażerami w kolejce do wyjścia poczułem powiew parnego tropikalnego i wilgotnego powietrza. Niesamowita mieszanka zapachów uświadomiła mi, że niebawem będę miał okazję zanurzyć się w błękitnym morzu przepełnionym barwnymi koralowcami oraz rybami krzątającymi się wokół rafy. Jeszcze tylko formalności wizowe i już siedziałem w klimatyzowanym samochodzie, wiozącym mnie do hotelu na wyspie Malapasqua.
Hotel SunSplash o zmroku wydawał się niezmiernie uroczy i romantyczny. W recepcji czekał już na mnie powitalny drink oraz plik papierów, które pomimo zmęczenia udało mi się wypełnić. Musiałem odpowiedzieć na takie pytania jak: kiedy ostatni raz nurkowałem, jaki mam certyfikat nurkowy. Przepiękna filipinka która mnie powitała, nie miała dla mnie litości i zarzuciła mnie ogromem informacji o rozkładzie nurkowań: kiedy jest śniadanie, co i gdzie się znajduje na terenie hotelu. Po tych wszystkich startach i lądowaniach jedynym moim marzeniem był prysznic oraz ogromne łóżko. Na zakończenie zostałem odprowadzony do pokoju i ktoś podrzucił mi koszyk, w który miałem spakować sprzęt nurkowy, najlepiej jeszcze dzisiaj lub następnego dnia rano. Stwierdziłem, że jest to dosyć wyrafinowana forma znęcania się nad zmęczonym turystą.
 

Malapasqua

O świcie obudziło mnie pianiem koguta. Na Malapasqua, jak i na całych Filipinach popularną wiejską rozrywką są walki kogutów, tak więc ze wsi dochodziły odgłosy tychże miłych ptaków, które już od wczesnego ranka próbowały swych sił w zagłuszeniu potencjalnego przeciwnika. Spakowałem swój sprzęt nurkowy w otrzymany wieczorem koszyk i udałem się na śniadanie. Hotel oferuje na śniadanie jajka na wszelkie możliwe sposoby. Z przekory zamówiłem więc tosty z dżemem oraz ogromny talerz owoców. Za każdym razem staram się jeść banany, mango, papaye i ananasy w nieograniczonych ilościach rozkoszując się ich świeżością, o której w Europie można tylko pomarzyć.

Mój przewodnik czekał już na mnie w Centrum Nurkowym, przedstawił się i uprzejmie zapytał co chciałbym zobaczyć pod wodą. Zabrzmiało to jakbym miał wziąć kartę dań w restauracji i powybierać najciekawsze kąski. Przedstawiłem swoją listę życzeń: manaty, kosogony, rekiny, stada ryb, wrak... i oczywiście pigmejskie koniki morskie. Chyba nie ucieszył się z moich dużych wymagań, ale nie dał po sobie tego poznać. W międzyczasie mój koszyk ze sprzętem w jakiś magiczny sposób trafił na łódź, a jego zawartość czekała na mnie gotowa do założenia. Większość filipińskich centrów nurkowych posiada duże tradycyjne łodzie rybackie, które zostały przekształcone w łodzie nurkowe. Charakterystyczne są dwa drewniane drągi po bokach łodzi działające jak stabilizatory, by łodzie nie wywróciły się podczas dużej fali. Łodzie świetnie się sprawdzają, kiedy po wynurzeniu cierpliwie czekamy, aż nurkowie po kolei wychodzą z wody na łódź. Opierając się o taki drąg- pływak można spokojnie zdjąć płetwy, przygotować kamerę do podania załodze.

Malutka Malapasqua otoczona jest przez wysepki i rafy. Do najciekawszych miejsc nurkowych należy bez wątpienia Gato Island. Miejsce to znane jest ze spotkań z rekinami (głównie white tip reef shark). Nurkowie nie będą zawiedzeni kondycją raf będą mogli nacieszyć się także ogromnymi ilościami miękkich korali, czerwonych i pomarańczowych gorgonii , gąbek i twardych korali. Grota Gato będącą tunelem pod wyspą, oferuje okazję spotkania rekina lub węża morskiego. Pamiętajmy o prądach, które w tym miejscu mogą być dość silne. Bardziej doświadczeni nurkowie mogą przepłynąć przez tunel, ale należy pamiętać o latarkach ponieważ w środku jest naprawdę ciemno.

 

Drugim najciekawszym miejscem nurkowym w okolicach Malapasqua jest Monad Shoal. Miałem tutaj okazję nurkować wielokrotnie podczas 7 dniowego pobytu na Malapasqua. Jest to miejsce gdzie rezydują kosogony. Rekiny te są rzadko spotykane i płochliwe, bardzo trudno je zobaczyć. Ich ciało to prawie w połowie górny płat płetwy ogonowej. Kosogony polują prawie wyłącznie na stadne, pelagiczne ryby, głównie makrele. W trakcie polowania krążą wokół stada, zataczając coraz bardziej zacieśniające się kręgi. Równocześnie uderzeniami ogona wywołują burzenie powierzchni wody. W ten sposób napędzają ofiary, ułatwiając sobie ich pochwycenie. Część ryb jest przy tym ogłuszana licznymi uderzeniami płetwy ogonowej. Niestety nie miałem okazji obserwować polowania ale po 2 nieudanych próbach w końcu zobaczyłem kosogona, który z równym zaciekawieniem obserwował nurków. Kosogon prawdopodobnie zataczał kręgi wokół nurków ale wyglądało to tak, że pojawiał się z błękitnej toni powoli majestatycznie przepływając wokół, by znowu zniknąć niczym kot z Alicji z Krainy Czarów. Monad Shoal to dobre miejsce również do obserwacji innych rekinów i mant. Nieludzka pora w jakiej można obserwować manty i rekiny, czyli godziny od 5 do 9, sprawiały że niewielu nurków decydowało się zrezygnować z kilku dodatkowych godzin snu i śniadania, by udać się w to miejsce.

Godna polecenia jest wyspa Maria obfitująca w twarde korale stołowe i wyspa Kalangaman z przepiękną piaszczystą plażą oraz ściankami porośniętymi gorgoniami. Można tu spotkać wiele gatunków ślimaków, przydacznie oraz całą masę rafowych ryb. Nie można też zapomnieć o interesujących wrakach: Tapilon – japońskim statku cargo spoczywającym na głębokości 20- 30 metrów, Dona Marilyn zatopionej podczas tropikalnej nawałnicy w 1984 roku. Wrak zaczyna się na 17-18 metrach by zejść do 35m, idealnie nadaje się do penetracji, porośnięty jest bujnie miękkimi i twardymi koralowcami. Na uwagę wytrawnych nurków zasługuje też Pioneer położony na 40 metrach.

 

Phillipine Siren i Leyte

Siedem dni na wyspie minęły bardzo szybko, zobaczyłem to, co najciekawsze i na co najbardziej liczyłem, czyli manty i kosogony. Pełen nurkowych wrażeń znowu siedząc w klimatyzowanym samochodzie zmierzam do Cebu, gdzie czeka łódź, mająca stać się moim domem na następne 6 nocy. Łódź Philippine Siren zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest to przepiękny drewniany jacht w indonezyjskim stylu, zaprojektowany specjalnie z myślą o nurkach. Koje są bardzo przestronne a na pokładzie każdy spokojnie znajdzie dla siebie miejsce. Szczęśliwy leżałem na leżaku, obserwując zachód słońca z drinkiem w ręku, kiedy to jacht po wyjściu z portu obrał wschodni kierunek na wyspę Leyte, a dokładnie na jej południową część. Pierwszy dzień nurkowy na łodzi rozpoczął się od rannego nurkowania, dzięki któremu łatwiej nam było się obudzić. Zaczęliśmy na ścianie zwanej Maureen’s place. Mogłem do woli nacieszyć się stadem gruperów , snaperów oraz chmurą unoszących się przy ścianie błękitnych z półksiężycowym ogonem rogatnic (red-toothed triggers). Ten gatunek rogatnicy należy do planktonożerców, co jest wyjątkiem w rodzinie rogatnic. Charakterystyczne dla niego jest to, że ukrywa się w szczelinach w rafie lub skale i czasami widać tylko jego błękitny ogon schowany w tych zakamarkach. Dokładnie przyglądam się wachlarzom gorgonii z nadzieją na wypatrzenie pigmejskich koników morskich. Nie jest łatwo je wypatrzyć, gdyż dostosowują się kolorystycznie do zamieszkiwanych gorgonii. Po krótkiej chwili, zniechęcony swoim niepowodzeniem zacząłem przyglądać się przewodnikom i kiedy tylko przy jednej z gorgonii utworzyła się większa grupka nurków, zrezygnowałem ze starań na własną rękę.

 

Nurkując w wodach trójkąta koralowego obserwuję przewodników, którzy szukają „pigmejów” i za każdym razem odnoszę wrażenie, że posiadają jakąś tajemną dla mnie wiedzę na której dokładnie gorgonii można znaleźć koniki, a na której ich nie ma. Jest dla mnie całkowicie niepojętym, jak można znaleźć coś tak małego, wyglądające identycznie jak wyrostek ramienia korala przepływając i rzucając okiem na gorgonię. Domyślam się , że może być to jakaś magia lub prestydygitatorska sztuczka, opanowana tylko przez lokalnych przewodników. Następny „nurek” odbył się przy przystani dla łódek. Było tutaj dosłownie wszystko, bogactwo czerwieni korali, wachlarze gorgonii, ławice drobnych ryb unoszących się przy powierzchni, drewniane pale całkowicie obrośnięte. Jeśli chodzi o makro, to mógłbym zamieszkać na wyspie i codziennie nurkować tylko w tym miejscu a i po rocznym pobycie znalazłbym coś nowego. Frogfishe (antenariusowate), ślimaki, krewetki igliczniowate ghost pipe fish, skorpeny itd. Nie sposób wymienić wszystkiego. Po zakończeniu nurkowania wszyscy byli tak podnieceni, że wymusiliśmy na załodze trzecie nurkowanie dokładnie w tym samym miejscu, co popsuło trochę plany naszego managera odnośnie nocnego nurka.

Południowe Leyte to stosunkowo nowa destynacja, niezbyt jeszcze dobrze rozpoznana przez nurków. Największą atrakcja są rekiny wielorybie, ale również rafy będące w doskonałej kondycji. Większość miejsc nurkowych skupia się z zatoce Sogod.

Wyspa Limasawa o długości 6 km oferuje nurkowanie przy ścianie w prądach. Jej przepiękna dziewicza rafa odwiedzana jest przez duże pelagiczne ryby barakudy, makrele, tuńczyki, larnaksy. W cieśninie gdzie Limasawa styka się z lądem stałym możemy obserwować snapery, grupery, i napoleony, rejony te chętnie są odwiedzane przez żółwie i rekiny. Nieopodal leżąca mała wysepka Tangaan, to drugie pod względem popularności miejsce, by ponurkować z rekinem wielorybim lub mantami. Łatwo natknąć się tutaj na rekiny white i black tip reef shark. Ogromne gąbki, przepiękne pióropusze gorgonii jak również doskonała kondycja korali twardych powodują, że można zaliczyć to miejsce do jednego z najlepszych miejsc nurkowych na świecie. Konkurować mogą inne miejsca nurkowe: Napantaw Fish Sanctuary z wspaniałą jaskinią i makro na poziomie cieśniny Lembeh w Medicare oraz Peter’s Mound.

 

Kiedy mieliśmy już dosyć oglądania najróżniejszych stworów makro, Philippine Siren zwróciła swój dziób ku wyspie Limasawa. Wpłynęliśmy w małą zatoczkę i łodziami dopłynęliśmy do dwóch rekinów wielorybich. Podniecenie i radość udzieliły się wszystkim. Na policzkach niektórych osób było widać łzy szczęścia, bowiem już z powierzchni widać było na 10-15 metrach poruszające się ogromne cienie. Wskoczyliśmy do wody tak, by praktycznie zderzyć się z pierwszym kolosem w chwili kiedy tenże właśnie otworzył gębę. Wyglądało to tak, jakby próbował nas pożreć i myślę ze nie miałby w tym większego kłopotu zważywszy na jego rozmiar, gdyby nie fakt, że bardziej interesował go plankton jako źródło pokarmu. Wieczorem, kiedy zmęczeni siedzieliśmy w salonie i oglądaliśmy filmy oraz zdjęcia z udziałem naszym i rekinów, ponownie udzieliły się nam emocje związane z oglądaniem największej ryby żyjącej na ziemi. Wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć i trzeba będzie powrócić w szarą rzeczywistość zimy w Polsce. Moja skóra spalona słońcem i smagana wiatrem jak u rasowego żeglarza chyba nie czuła się najlepiej bo postanowiła zrzucić wierzchnią warstwę naskórka. Tak więc liniejący, pełen niezapomnianych wspomnień znowu siedzę w fotelu w samolocie i zastanawiam się jak zniosę 12 godzinną podróż do Frankfurtu i jeszcze 2 godzinny lot do Warszawy. Nie chcę o tym nawet myśleć. Czy warto się tak poświęcać po to tylko, by przez 2 tygodnie smażyć się w słońcu, nurkować w obrzydliwie ciepłym błękitnym oceanie? – Głupie myśli przychodzą mi do głowy – Oczywiście że warto! Ciekawe dlaczego po przyjeździe do kraju, znowu niecierpliwie będę czekał na jakąś promocje na przelot do Jakarty, Manado, Manili bądź Cebu? Chyba zamówię drinka, bo stewardesa zbliża się do mnie z wózkiem pełnym napojów i zacznę marzyć o kolejnej, niezwykłej podróży...

 

Relacja ukazała się w wakacyjnym wydaniu magazynu H2O (07/08.2010 nr 7-8)

 

Wojciech Beck