Najlepsze nurkowania



Nurkowanie na Komodo na łodzi Siren


Były to jedne z tych wakacji kiedy pogoda jest idealna, morze spokojne, słońce świeci a wody są cieplejsze niż można się spodziewać, doskonale przejrzyste i pełne życia. Łódź była piękna, załoga fantastyczna, jedzenie wspaniałe, kawa gorąca a piwo zimne. Miejsce nurkowania zaś inne niż wszystkie. Pozwólcie, że zabiorę was na Komodo.

(ostrzegam od razu: to opowieść o jednej z „tych” podróży. Możecie pozielenieć z zazdrości, ale z pewnością będziecie chcieli tam być i prawdopodobnie skończy się na tym, że zaczniecie planować swój następny wyjazd w to magiczne miejsce.)

Dla mnie nurkowanie jest jak pizza – zawsze dobre. Jednak niektóre wyprawy są wyjątkowe. Czasem jakość obsługi przekracza nasze oczekiwania, czasem ocean uśmiecha się do ciebie i wyjawia swoje najbardziej niesamowite sekrety.
Większość podróżujących nurków to ludzie całkiem samodzielni, nie potrzebujemy komitetu powitalnego na lotnisku ani pomocy przy odebraniu bagażu, żebyśmy nie musieli dźwigać. Nie potrzebna nam załoga do noszenia kamer w głębinach ani zdejmowania z nas sprzętu nurkowego w wodzie i przesyłania go na powierzchnię w trosce o nasze plecy. Nie potrzeba nam kogoś kto przygotuje jajka na śniadanie albo cztery opcje do wyboru na lunch i kolację. Mogłabym jeść z radością masło orzechowe i galaretkę podczas nurkowania, gdyby nie było nic innego. Nie potrzebujemy pralni ani masażu na molo po nurkowaniu. Przyznaję jednak, że to wszystko jest miłe.

Na pokładzie

Wspaniałe usługi Siren Fleet zaczęły się gdy tylko nasza mała ekipa nurków dotarła do Birmy na wyspę Sumbawa, po krótkim locie z Bali. Powitano nas przy odbiorze bagażu i zabrano do pobliskiej przystani, gdzie czekał na nas ponton, który zabrał nas na piękny statek, Indo Siren. Indo Siren była zbudowana specjalnie do nurkowania i jest tradycyjnym indonezyjskim statkiem Phinisi z twardego drewna. Mieści się tam do 16 pasażerów, ale nam się poszczęściło. Było nas tylko pięć osób przy piętnastoosobowej załodze!


Przez kolejne dziesięć nocy na pokładzie zapoznawaliśmy się z naszym nowym domem, włączając w to rozkładanie bagażu w naszych obszernych kabinach z łazienkami i instalowanie sprzętu do nurkowania na pokładzie nurkowym. Było tu mnóstwo miejsca z szufladami na latarki i haki do rafy oraz wieszakami na mokre kombinezony.


W wewnętrznym foyer znajdowały się wygodne sofy i płaski telewizor. Część jadalna na rufie była otwarta, ale z możliwością rozwinięcia plastikowych zasłon w czasie deszczu. Moim ulubionym miejscem był taras słoneczny z leżakami, świetna miejscówka do przesiadywania w czasie gdy łódź sunęła po falach.


Fotografowie mieli do dyspozycji kilka dużych blatów z mnóstwem gniazdek do ustawiania aparatów, zmiany obiektywów i ładowania baterii. Każdy nurek miał też szufladę pod blatem do przechowywania ładowarek i innego suchego sprzętu.
Po wypakowaniu bagażu i zwiedzeniu łodzi zameldowaliśmy się do odprawy. Po fantastycznym posiłku, z obietnicą dalszych atrakcji, wypiliśmy kilka lokalnych piw Bitang i zaznajomiliśmy się z załogą przed wczesnym pójściem do łóżka.
 

DZIEŃ 1: WYSPA SANGEANG

Rafa Bonito

Kapitan i załoga byli na nogach od rana. Obrali kurs na północny wschód, w stronę wyspy Sangeang. Nasze pierwsze nurkowanie odbyło się na rafie Bonito, to było nurkowanie w mule i próba terenu zarazem. Całkiem niesamowita próba.
Jednym ze zwierzaków żyjących w mule, które wymykały mi się przez lata nurkowania jest ośmiornica mimic octopus. W czasie tego nurkowania płynęłam za naszym przewodnikiem, Inyo, kiedy on zatrzymał się i dał znak ręką, żebym też się zatrzymała. Obserwowałam go jak zbliżył się i skierował swój wskaźnik w stronę dwojga malutkich oczek wyzierających z piasku.
Nie minęło parę sekund gdy pojawiła się macka, która dotknęła badawczo wskaźnika, potem ukazała się następna. W jednym momencie ukazał się cały stwór na piasku migający białymi i czarnymi paskami i ślizgający się po dnie. (Widziałam to wszystko przez mój obiektyw kiedy pstrykałam fotkę z daleka). Kiedy wróciliśmy śmiałam się do siebie, że oto odhaczyłam najważniejsze stworzenie na mojej liście.. przy pierwszym nurkowaniu!


Wokół Sangeang woda była spokojna jak na jeziorze. Kiedy popijaliśmy gorącą herbatę i kawę, rozmawiając o pierwszym nurkowaniu, przez taflę wody tuż przy statku przebiły się delfiny. Za nimi ujrzeliśmy szczyt wulkanu na Sangeang, z którego sączyły się smużki dymu. Załoga zapewniła, że wulkan po prostu „żyje”, nie jest aktywny, a to tylko mały dym.

Hot Rocks

Więcej śladów działalności wulkanu widzieliśmy podczas drugiego nurkowania w miejscu zwanym Hot Rocks (Gorące Skały). Dokładnie było widać strumienie bąbelków gazu strzelające prosto z piasku, a kilka podwodnych skał okazało się gorących w dotyku. Jakby sam widok podwodnych bąbelków nie był wystarczająco niesamowity widzieliśmy też wielkie gorgonie (sea fans), długonosą żagiewkę (hawkfish), jaskrawo barwione anthiasy i dwie ryby z gatunku Taenianotus triacanthus (leaf scorpionfish) jedną obok drugiej.

Deep Purple:

Nurkowania szły coraz lepiej, a trzecie z kolei było na Deep Purple nazwanej tak ze względu na duże ilości purpurowych gorgonii (sea fans). Zgadnijcie co żyje w gorgoniach? Miniaturowe koniki morskie Bargibanti. Zawsze jestem pełna podziwu, kiedy przewodnik nurkowania wskazuje te maleńkie piękności, bo potrafią wtapiać się w tło. Ale nasi przewodnicy znaleźli ich całe tony! Zobaczyliśmy też węgorze – Niebieskie Wstążki (blue ribbon eels), w stadium niebieskim i czarnym.

Stargazer Beach:

Ostatnie nurkowanie tego dnia odbywało się już po zmroku. Kiedy oddalaliśmy się pontonem od Indo Siren zaskoczyło mnie jak ciemno jest z dala od świateł statku. Księżyc jeszcze nie wzeszedł i na niebie było więcej gwiazd niż bym sobie mogła wyobrazić. Czarny zarys wzniesień na wyspie ostro odznaczał się na tle gwieździstego nieba, a Droga Mleczna świeciła jasno bezpośrednio nad nami. Miejsce naszego nocnego nurkowania nazywało się Stargazer Beach, nazwane tak ze względu na zwierzątko nie same gwiazdy. Ale w tym momencie patrzyłam w gwiazdy i nie mogłam oderwać oczu od nieba aż nadszedł czas zanurzenia się w czarny atrament wody.


Mam taką teorię – jeżeli nazwiesz od czegoś miejsce nurkowania, nigdy więcej tego nie zobaczysz. I choć zapewniano mnie, że jest tam mnóstwo skaberowatych (stargazers), nie widziałam ani jednego. Ale nie przejmowałam się, bo było tyle innych rzeczy do zobaczenia, w tym decorator crabs o dzikim wyglądzie koralowców, platycephalus fuscus (flathead), ślimaków morskich (nudibranch) i całe mnóstwo ogromnych pterois (lionfish), które wyglądały jakby się po tobie skradały i chowały w twoim brzuchu. Niezłe zakończenie wspaniałego dnia.


DZIEŃ 2: Wyspa Komodo

Coral Garden:

Płynąc dalej na wschód obudziliśmy się przy wyspie Komodo i zaczęliśmy nurkowanie od miejsca zwanego Coral Garden. Nemateleotris magnifica (fire dartfish) były wszędzie, a cesjowate  (fusiliers) o ciemnych łuskach pływały obok nas. Na piasku pojawiły się długie węgorze, żywiące się planktonem, aż nie podpłynęliśmy bliżej – wtedy schowały się z powrotem do piasku.

 
Crystal Rock: 

W czasie śniadania przemieściliśmy się do Gili Lawa Laut i drugie nurkowanie było przy Crystal Rock. Jest tu mnóstwo hawkfish z wielkimi równonogami (isopods) na głowach lub ogonach. Zawsze było mi ich żal – nie jest przyjemnie mieć pasożyty.
 

Shot Gun:

Trzecie nurkowanie odbyło się z odrobiną przypływu adrenaliny – zwanym Shot Gun. Nurkuje się w przejściu między Gili Lawa Laut i Gili Lawa Darat, które zwęża się ostatecznie w stromy kanion pełen ryb. W miejscu gdzie przejście się zwęża powstaje prąd, który wstrzeliwuje cię z dużą prędkością przez kanion. Na końcu przejścia prąd uspokoił się, a przez wodę przebijały złote promienie słońca, nadając rafie spokojny wygląd po tej przygodzie.

Wspinaczka o zachodzie słońca:
Zamiast nurkować w nocy wybraliśmy się o zachodzie słońca na wspinaczkę po Gili Lawa Laut i przyznam, że podczas wyprawy zastanawiałam się co my właściwie robimy. To przecież wakacje, wysiłek fizyczny był niepotrzebny, prawda? Jednak widok ze szczytu był tego wart. Patrzeć na rozciągające się w dole wyspy o zielonych wzgórzach, odbijające się ostro na tle szafirowej wody dwóch zatok, kiedy słońce zachodziło barwiąc niebo na kolor pomarańczowy – to było fantastyczne przeżycie.


DZIEŃ 3: PRĄDY I MANTY

Castle Rock:

Pierwsza w kolejce jest Castle Rock – ikona nurków w tym regionie, która jest szczytem otoczonym silnymi prądami morskimi. Weszliśmy w prąd, z hakami do raf w pogotowiu i poczuliśmy się jak w rybnej zupie. Z tym, że była to szybka zupa. Prąd był szalony, a ryby płynęły z taką samą zawrotną prędkością. Liczne ławice naso (unicorn fish), ostrobokowatych (jacks) i heniochus diphreutes (banner fish) zalały nas kiedy większe ryby – tuńczyki i rekiny wbijały się w środek ławicy. Jakby nie było żadnego prądu. W oddali zobaczyłam wielki cień, który okazał się być ogromną ławicą ogackowatych (batfish), która zbliżyła się i ostatecznie przepłynęła obok mnie.
Po każdym nurkowaniu myślałam sobie: „jak oni przebiją coś takiego?”. I szczerze mówiąc było za każdym razem lepiej. Po nurkowaniu, wypiciu herbaty imbirowej i zjedzeniu kolejnego fantastycznego śniadania, wyruszyliśmy w stronę Batu Bulong, które nazwałabym Rajem Anthii. Ten obszar jest też znany jako Miasto Prądów i kiedy pojawia się prąd życie morskie zapiera dech!

Batu Bulong:

To kolejny szczyt wyrastający z morskiego dna. Cały wierzchołek wydawał się być w nieustannym ruchu. Otoczony ławicami pomarańczowych, różowych i fioletowych anthii (anthias). Zasłaniały rafę gęstym płaszczem, a gdybyś podpłynął bliżej otoczyłyby cię zasłaniając dopływ światła. Czasem trudno było przez nie dostrzec rafę i inne zwierzęta, a były tam spore ilości ślimaków morskich (nudibranch), węgorzy (eels), pterois (lionfish), plectorhinchus (sweetlips) i innych.

Rafa Makassar:

Później przenieśliśmy się na rafę Makassar, jedno z dwóch słynnych miejsc na Komodo gdzie żyją manty. Prąd nie był tak silny jak chciała tego załoga (silniejszy prąd to więcej mant), więc czekaliśmy na zmianę. W międzyczasie kilkoro z nas zdecydowało się zanurkować, żeby sprawdzić prąd. Wsiedliśmy do pontonu, odpłynęliśmy i wskoczyliśmy do wody.
Kiedy tak płynęliśmy myślałam sobie jakie są szanse, że tak po prostu zobaczymy mantę pływającą sobie po rafie? A tu nagle minęły nas cztery, jedna za drugą! Dowódca rejsu zawołał nas do pontonu. Nadszedł czas na nurkowanie.
Makassar to naprawdę długi pas rafy do nurkowania i przy szybkim prądzie morskim nurkowie przebywają sporą drogę podczas jednego zanurzenia. Prąd nadal nie był wystarczająco silny kiedy wskoczyliśmy do wody, ale był spokojny jakbyśmy lecieli nad rafą przez całe wieki. Widzieliśmy tylko jedną mantę podczas nurkowania (ale przecież jedna wystarczy, prawda?). Jednak były też trzy żółwie morskie, nawet jakieś rafowe rekiny czarnopłetwe (blacktip sharks) i wargacze garbogłowe (Napoleon wrasse). W tym samym czasie inna część naszej grupy widziała orleniowate (eagle ray).
  

DZIEŃ CZWARTY: SMOKI!  


Spotkanie z wielkimi smokami z Komodo było na mojej liście od czasów koledżu, kiedy przeczytałam książkę „Last Chance to See” Douglasa Adamsa. Opisywał w niej swoje podróże w poszukiwaniu najrzadszych i najbardziej zagrożonych gatunków. Wcześniej nawet nie słyszałam o smoku z Komodo, ani o tym, że jest to największa jaszczurka na świecie, ważąca ponad 70 kg i dorastająca do trzech metrów długości. Ani o tym, że potrafią biegać 20 km/h i śmierdzą martwym mięsem na odległość ośmiu kilometrów.


Smoki z Komodo mają dwa gruczoły w dolnej szczęce, w których znajduje się trucizna. Zapobiega ona krzepnięciu krwi co w połaczeniu z florą bakteryjną paszczy warana powoduje zakażenie rany i w konsekwencji objawy sepsy. Więc smok musi tylko ugryźć ofiarę i czekać aż zakażenie się rozwinie i stanie się łatwą zdobyczą.
Te urocze zwierzęta są też kanibalami. Ich dzieci po wykluciu chowają się w drzewach przez okres do dwóch lat, żeby nie dać się zjeść dorosłym osobnikom, potencjalnie własnym rodzicom. Zrobiliśmy sobie krótką przejażdżkę pontonem z Indo Siren do Parku Narodowego, i przewodnicy z parku wzięli nas na wycieczkę z nadzieją pokazania smoków. Ze specjalnymi kijami w rękach szliśmy może dziesięć minut, gdy zobaczyliśmy tłum ludzi, zanim dostrzegliśmy smoka. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś co wyglądałoby tak prehistorycznie – niczym mechatroniczny dinozaur na wystawie, ale to było żywe.
Nieustannie wysuwał swój język obwąchując nas, ledwie się poruszał. Pozwolił nawet zrobić przewodnikom zdjęcia jak stoimy za smokami. Podczas reszty krótkiego spaceru widzieliśmy jeszcze jednego przy szlaku oraz kilka saren – pokarmu dla jaszczurów – wędrujących po parku.


Mant Alley:

Po powrocie na pokład Indo Siren był jeszcze czas żeby zanurkować i udaliśmy się do słynnej Alei Mant. Nurkowaliśmy tu dwa razy. Prąd nie był tak silny jak chcieli przewodnicy, ale i tak było magicznie. Kiedy wskoczyliśmy manta była tuż pod nami i pływała wokół nas parę razy, zachowując się jakby nas tam w ogóle nie było.
Przepłynęliśmy ok. 30 metrów do stacji oczyszczającej. Tutaj pięć mant wywijało beczkę i dopływało blisko rafy, żeby się oczyścić. Byliśmy tam tak długo jak na to pozwalał nasz czas na dnie i potem popłynęliśmy w stronę bieżni w formie alei. Nie było za silnego prądu, więc wróciliśmy i spędziliśmy jeszcze 20 minut na głębokości 10 metrów z jedną mantą, która pływała wokół nas.


Torpedo Alley:
To był całkiem spektakularny dzień – z mantami i smokami. Statek skierował się ku południowemu czubkowi wyspy Rinca, do miejsca znanego jako Zatoka Podkowy. Nurkowaliśmy w nocy w zamulonej części, niedaleko plaży zwanej Torpedo Alley i mieliśmy zobaczyć jeszcze bardziej niesamowite rzeczy.
Ślimaki morskie (nudibranch), achaeus japonicus (orangutan crab) i szalone decorator crabs we wszystkich kolorach tęczy, były wszędzie. Były też eunice aphroditois (bobbit worms)! To jak postacie z koszmarnych snów, zakopują swoje ciała w piasku (długie do 3 metrów!) wystawiając tylko antenki i czekają aż ofiara przepłynie tuż nad nimi, żeby zaatakować! Ich zęby potrafią przeciąć ofiarę na pół i wstrzykują jej truciznę, która może zabić ofiarę dużo większą niż one same. Oto coś co dosłownie uderza nocą. Wszędzie wokół wystawały z piasku antenki bobbit worms! To było trochę przerażające, ale też niesamowite.


DZIEŃ 5: ZATOKA PODKOWY


Obudziliśmy się o wschodzie słońca i jeszcze nie widzieliśmy Zatoki w świetle dnia. Widok ze statku był oszałamiający. Byliśmy jedyni w zatoce i zielone wzgórza wyrosły ze wszystkich stron, odbijając się w spokojnej, błękitnej wodzie pod nami.
Byliśmy niedaleko od plaży czarnego piasku przy której nurkowaliśmy w nocy. I zobaczyłam co było na plaży – jeszcze więcej smoków komodo – tuż przy miejscu, w którym nurkowaliśmy! (załoga zapewniła mnie, że one nie wchodzą do wody jeżeli nie są naprawdę głodne... Dobrze wiedzieć). Pijąc kawę widzieliśmy trzy smoki i kilka małp na plaży.


Nadal po każdym nurkowaniu myślałam „nie może być już lepiej niż dzisiaj” i wtedy zobaczyliśmy miejsce do nurkowania wokół Zatoki Podkowy. To były zdecydowanie jedne z najzdrowszych raf koralowych jakie w życiu widziałam. Wszędzie roiło się od życia, z twardymi, zdrowymi koralami, kolorowymi miękkimi koralowcami, tysiącami liliowców (crinoids), gorgonii (sea fans) i różnokolorowymi rybami dookoła. Były tam ślimaki morskie (nudibranch), mątwy (cuttlefish) i ukwiały (anemones) z amphiprioninami (clownfish). Nie mogłam nacykać się fotek, a 70 minut nurkowania wydawało się zaledwie kilkoma minutami.


Odwiedziliśmy miejsca zwane Boulder, Canibal Rock i Yellow Wall of Texas, z których wszystkie mają piękne ściany pokryte żyjątkami. Widziałam nawet znajdowane tylko na Komodo obunogi (amphipods), które wyglądają jak małe biedronki, ale żyją pod wodą. W nocy znów zanurkowaliśmy przy mulistym dnie o nazwie Rhino Rocks gdzie zobaczyliśmy najsłodsze torpedy (torpedo rays), węgorze wężowe (snake eels), małże Colemana i wielkiego ślimaka (nudibranch) zwanego hiszpańską tancerką (spanish dancer).
 

DZIEŃ 6: RINCA, NUSA KODA i WYSPY BANANOWE

Wyspa Rinca była najbardziej wysuniętym na południe celem tej podróży i załoga pozwoliła nam wybrać, które miejsca chcemy odwiedzić jeszcze raz w drodze powrotnej do Bimy. Postanowiliśmy spędzić jeszcze jeden dzień nurkowania w niesamowitych rafach Zatoki Podkowy. Nurkowaliśmy za dnia u wejścia do zatoki niedaleko wyspy Nusa Koda i Cannibal Rock, a także Rhino Rocks, mieliśmy też kolejną niesamowitą noc nurkownia przy Wyspie Bananowej.
W nocy widzieliśmy jedną fajną rzecz – myślę, że to była miniaturowa ośmiornica Wolfa. Ta jedna z najmniejszych ośmiornic jest czerwona, a samce mają małe włókna na ostatnich kilku przyssawkach swoich ramion.
 

DZIEŃ 7: MANTY I BATU BOLONG

Nadszedł czas powrotu na północ i zachód. Podjęliśmy jednomyślną decyzję, że zatrzymujemy się nad Aleją Mant i będziemy tam nurkować. Tym razem przy dwóch nurkowaniach pokazało się dwanaście mant i to było spektakularne.
Potem popłynęliśmy do Batu Bolong i chociaż prąd nie był silny, jeszcze raz byliśmy pochłonięci przez kolorowe anthias. Jeden z nurków znalazł nawet dwa młode urocze rekiny białopłetwe (whitetip sharks), ukrywające się w jakiejś dziurze! Po dwóch ciężkich dniach nurkowania w niesamowitych miejscach postanowiliśmy odwiedzić pobliski resort i zamówić kilka koktaili na plaży – niezły pomysł na zakończenie dnia.

 DZIEŃ 8: POWRÓT DO ULUBIONYCH MIEJSC 

Golden Passage:

Było naprawdę miło móc wrócić do ulubionych miejsc i znów zanurkować. Dotarliśmy do Crystal Rock i Castle Rock, a na trzecie nurkowanie wybraliśmy Golden Passage, gdzie panował jeden z najsilniejszych prądów jakie widzieliśmy. Jednak nurkowanie było miłe i łatwe, płynęliśmy gdzie nas prąd popchnął, oglądając po drodze piękne korale i ryby.
Przyznam, że idealna pogoda zmieniła się trochę i tego dnia spadł niewielki deszcz. Gładka tafla wody zaczęła się nieco burzyć, co sprawiło, że statek bujał się na falach, czemu towarzyszyło delikatne skrzypienie drewna. Dzięki temu poczułam się jak w starym domu kołysana do snu.

 DZIEŃ 9: GILI BANTA 

Tandak Rusa:

Nie mogliśmy uwierzyć, że zbliża się już koniec naszej wyprawy i zostały tylko dwa dni nurkowania. Wróciwszy do Gili Banta nurkowaliśmy przy Tandak Rusa, która jest zwykłą ścianą, z przywartymi gorgoniami i koralami brianinops yongei błyskającymi w błękicie. Synanceia (stonefish) były wszędzie i spędziłam dużo czasu fotografując achaeus japonicus (orangutan crab), który znalazł się we właściwym miejscu.


Pod koniec nurkowania zrobiliśmy nasz przystanek bezpieczeństwa w całkiem mocnym prądzie i patrzyłam na przewodnika, żeby mieć pewność czy nie mamy dać mu się ponieść. Kiedy spojrzałam na niego wskazał w stronę błękitu, odwróciłam się i była tam manta, przynajmniej dwa metry od nas, prawie przy mnie. Przestałam wierzgać w prądzie i przez kilka minut dryfowałam z mantą, zanim zakończyłam mój przystanek bezpieczeństwa i wynurzyłam się.
 

Gili Banta:

Nasze ostatnie miejsce nurkowania było również przy Gili Banta i była to piękna rafa, na której mogliśmy przywołać jeszcze raz nasze przygody i pożegnać się z Komodo. Na pokładzie załoga zadbała o wszystko, upewniając się, że nasz sprzęt jest czysty i suchy, podczas kiedy my wypiliśmy kilka lokalnych piw Bingtang, żeby przegadać naszą podróż z nowo poznanymi przyjaciółmi i zaczęliśmy się pakować.

Warunki nurkowania:
Dokumenty pokazywały, że tego roku region doświadczał ciężkiego El Nino. Martwiłam się nurkowaniem w całkiem chłodnych wodach południowego Komodo i Rinca (zwykle 18-22ºC od lipca do października). Jednak dla nas wody były nad podziw ciepłe i nie doświadczyłam temperatur niższych niż 27ºC.


Ja cieszyłam się nurkowaniem w lekkim sprzęcie, ale wyjątkowo wysokie temperatury nie są dobre dla rafy i widzieliśmy jak korale tracą kolor. Załoga odnotowała też, że nie było pewnych zwierząt normalnie obecnych w tych miejscach. Zwykle poleca się na Komodo kostium o 5-7 mm grubości, chociaż nie doświadczyliśmy tych chłodniejszych temperatur podczas wyprawy.
Silne prądy również mają znaczny wpływ na nurkowanie i życie pod wodą. Sprawiają, że nurkowanie jest trudniejsze, ale przynoszą też więcej istot żywych – zwłaszcza dużych. Mocniejsze prący pojawiają się podczas nowiu i pełni, i nie mieliśmy okazji zobaczyć tych najsilniejszych, z których słynie okolica. Życie morskie było jednak bogate, a nurkowanie łatwe, bez zbyt silnych prądów. Powiedziano mi jednak, że zwykle prądy są dużo silniejsze niż te, które widzieliśmy, a haki do raf są standardowym wyposażeniem, które większość nurków jest zmuszona stosować.


Może już o tym wspomniałam, ale dla mnie nurkowanie zawsze jest dobre. Jednak to była jedna z tych wypraw, na których wszystko wydaje się idealne. Łódka, załoga, inni pasażerowie, niesamowite nurkowania, dobre towarzystwo i niesamowite doświadczenia składają się na kawał fantastycznych wspomnień.


Podobała mi się też kombinacja nurkowania i kilku wycieczek na lądzie, żeby poczuć, że naprawdę chce się zobaczyć wszystko co okolica ma do zaoferowania pod powierzchnią wody i na powierzchni. Wyprawa na Komodo była na mojej liście i musiałam też zobaczyć smoki z Komodo, mimic octopus, przynajmniej trzy odmiany gorgonii, których nie widziałam nigdy wcześniej, poznałam też wspaniałych nowych przyjaciół. Nie mogło być lepiej.

Specjalne podziękowania dla Floty Siren za ich hojną gościnność i pomoc (SirenFleet.com)

Brandi Mueller jest instruktorką PADI IDC i kapitanem łodzi mieszkającą na Wyspach Marshalla. Kiedy nie uczy nurkowania ze sprzętem albo nie prowadzi łódki, najchętniej podróżuje i nurkuje


Powiązane oferty



Rejsy

Indo Siren

Indo Siren will be a great dive boat offering exceptionally carefree holidays.